logo
Kwiecień 2016

Rościsław Brochocki - mistrz zadumanego pejzażu 

„Doskonale rozumiem, czym jest czas, dopóki mnie ktoś o to nie zapyta” – miał powiedzieć znakomity brytyjski fizyk, Lord Kelvin, którego nazwisko przypomina używana obecnie jednostka temperatury skali bezwzględnej układu SI. Ja z kolei doskonale rozumiem, czym jest koloryzm dopóki nie natrafię na obrazy kogoś takiego, jak prezentowany na wernisażu w Galerii KBS malarz Rościsław Brochocki. Oczywiście nie ulegam jakiemuś nagłemu atakowi amnezji, nadal pamiętam, że prekursorem i ideowym patronem tego kierunku był Pierre Bonnard, że istniał Komitet Paryski Krakowskiej ASP, że pod niewątpliwym wpływem profesora Józefa Pankiewicza formowały się twórcze indywidualności kolejnego pokolenia polskich wirtuozów palety i wykładowców naszych artystycznych uczelni – takich jak Czesław Rzepiński, Jan Cybis,  Hanna Rudzka-Cybisowa – których zresztą Rościsław Brochocki z szacunkiem wymieniał wśród swoich mistrzów.
    „Najważniejsze w życiu jest samo życie” – mawiał Rościsław Brochocki, którego prace mamy zaszczyt prezentować na pierwszym w 2016 roku wernisażu. Był to człowiek i artysta niezwykły, indywidualista o wszechstronnych zainteresowaniach z których ostre w kolorystyce, radosne w nastroju malarstwo było jednym ze sposobów opowiadania siebie  i przeżywania świata w całej jego urodzie.

Mistrz Brochocki urodził się w 1925 roku w Krakowie, zmarł w maju 2010 roku. Osobowość artysty ukształtowała wszechstronna, renesansowa wiedza, która uczy pokory wobec bezmiaru niewiadomych. To był punkt wyjścia, który uporządkował  system wartości artysty: najważniejsze jest życie, jego spełnienie i bogactwo wykorzystanego czasu przydzielonego człowiekowi przez przeznaczenie. Sztuka jeśli chce stanąć po stronie dobra i piękna – sama musi takie symptomy posiadać. Powinna zmierzać ku konstrukcji, nigdy do destrukcji.
O jego największych życiowych fascynacjach zadecydowały letnie miesiące spędzane w dzieciństwie w Małych Kozach koło Bielska-Białej. Sam artysta tak wspomina ów czas:
„W naszym wakacyjnym domu w Kozach wisiały na ścianach olejne obrazki, malowane przez grupę malarzy – chyba Ukraińców, zbiegłych z ZSRR do Polski. Artyści ci założyli w Bydgoszczy rodzaj stowarzyszenia twórczego. Tworzyli oni  niewielkie obrazy, które  następnie rozprowadzali po całej Polsce. Tematycznie były to pejzaże i kwiaty malowane z dużą biegłością techniczną. Czułem podświadomie, że to moja droga życiowa. Czyli droga malarza. Ale to nie koniec! Była w Kozach stacyjka kolejowa, a my mieszkaliśmy tuż obok toru kolejowego. Mogłem obserwować przejeżdżające i manewrujące pociągi i parowozy – i tak narodziła się fascynacja również tymi maszynami i ich mechaniką.”
Potem był rok 1939. Od tego momentu upłynie wprawdzie dziesięć lat, gdy Artysta otrzymał dyplom krakowskiej ASP, ale rzeczywiście z Kozami wręcz anegdotycznie łączy się kariera malarza: tamże udało się czternastoletniemu Rościsławowi sprzedać swój pierwszy w życiu obrazek, a nabywcą był listonosz z Kóz. Potem, już w Krakowie młody Brochocki uczył się na kursach przygotowawczych do szkół zawodowych stopnia wyższego i w latach 1942-43 w Szkole Przemysłu Artystycznego (Staatliche Handwerker und Kunstgewerbeschule). Po zamknięciu szkoły przez Niemców Artysta uciekając przed wywózką do Rzeszy na przymusowe roboty ukrywał się w Stępocicach (w szkole swojej matki), a ostatni rok okupacji przepracował na krakowskim dworcu kolejowym (Krakau-West), zatrudniony przy tzw. „kartkowaniu wagonów kolejowych”. Zaraz po wojnie rozpoczął studia na krakowskiej ASP pod kierunkiem prof. Eugeniusza Eibischa.
Rada Profesorów ASP dwukrotnie typowała dobrze zapowiadającego się malarza na stypendium do Paryża. I dwukrotnie nic z tego nie wyszło, bo raz dokumentacja stypendysty rządu francuskiego zaginęła w przepaścistych szufladach MKiS, a raz ówczesne stosunki PRL z Zachodem tak dalece zostały oziębione, że o studiach nad Sekwaną nie mogło być mowy. Później jeszcze prof. Eibisch proponował Brochockiemu wyjazd do Warszawy i pracę asystenta, lecz względy rodzinne zupełnie inaczej wpłynęły na dalsze życie Artysty. Nade wszystko rodzina, uważał wówczas młody malarz. I nawet ukochane malarstwo odsunął na bok. Malował od przypadku do przypadku, głównie na wystawy i zamówienia. Prawdę mówiąc, porwała go uroda i pasja życia.
„Zapisałem się na kurs motorowo-szybowcowy – wspomina Pan Rościsław –
bo marzyłem o lataniu. Nic z tego nie wyszło; na przeszkodzie stanęła wada wzroku. Ale lotnictwo pozostało nadal moją pasją. Prócz tego technika: poznałem działanie wszystkich możliwych silników i niektóre (małe modele) konstruowałem. A więc: silniki wodne, wiatrowe, parowe, spalinowe, elektryczne, lotnicze-śmigłowe, odrzutowe, rakietowe. Prócz tego sport: pływanie, turystyka górska, rower, kajak 
(zbudowany wspólnie z kolegami) i wreszcie dwa motocykle (WFM-125 i SHL 175), dzięki którym zwiedziłem omal całą Polskę. Z zainteresowań dalszych: astronomia z astronautyką, kosmologia, fizyka, elektronika, fotografika, wszelkiego rodzaju majsterkowanie”.
Te wszystkie zainteresowania i fascynacje dowodzą – przyznajmy – rzadkiej wśród współczesnych artystów renesansowości, wielowymiarowej osobowości i otwarcia na geniusz schyłku wieku. Brochocki wprawdzie nigdy malarstwa nie zdradził, ale nigdy też ze sztuki nie robił ołtarzyka i mitu. Nie przeczy, że ważne są dokonania artystyczne, odrobina uznania, pieniądze, ale zawsze podkreśla, iż wie, „że na ostatnim egzaminie przepytają  mnie z zupełnie innego przedmiotu…”. Cenił sobie przede wszystkim malarstwo starych mistrzów, nie znosił papraniny i bylejakości, sztukę traktował jako egzemplifikację postawy człowieka  wobec świata, od której wymaga prostoty (nie prostactwa!), naturalności, tolerancji, wszechstronności umysłu, rzetelności, uczciwości i tradycyjnie pojmowanego dobra.
I takie jest malarstwo Brochockiego. Zafascynowane pejzażem, przyrodą, światem. Temat, kolor i światło mają w tym malarstwie pierwsze i równorzędne znaczenie. Obok obrazów przedstawiających „czyste” natury (pejzaże górskie, jesienne, marynistyczne), a więc dzieło samego Stwórcy, na większości płócien pejzaż współkomponują wytwory ludzkiej ręki. Architektura (dworki, chaty, kapliczki, świątynie), albo symboliczne wręcz ślady myśli technicznej (pociąg z parową lokomotywą, żaglówka) tak doskonale dopełniają pejzaż, że niekiedy można by Mistrza posądzać o idealizację świata, o jego mistyfikację.
Brochocki nie chciał szokować odbiorcy kontrastami plam czy nastrojem. Synchronizował barwę z klimatem obrazu. Dworki na jesiennym tle utrzymane są w tonacji ciepłej. Cerkiew tonąca w zieleni  drzew i górskiego widnokręgu ma zielone kopuły i spatynowaną fasadę. W obrazach zimowych dominuje biel. Dzieła  Stwórcy 
i człowieka przenikają się wzajemnie, dopełniają, są jedno. Nie znaczy to, że malarstwo Pana Rościsława pozbawione jest dramaturgii. Staje się ona przede wszystkim w bogactwie odcieni poszczególnych barw i w zharmonizowanych w nastroju, w grze światła i cienia widokach krajobrazu w różnych porach roku. Ale zawsze jest to dramaturgia (ciepła czy chłodna), będąca swoistą artystyczną apoteozą piękna, ładu, spokoju. Przemawia do odbiorcy bogactwem kolorystyki, dynamiką chmur, delikatnością szreni na zimowych drzewach, efektem lustrzanego powielania w wodzie, bryłą architektury wkomponowaną w ażurową koronkę gałęzi. Nawet dymiąca lokomotywa wtapia się w zieleń, stając się nieodzownym, naturalnym elementem krajobrazu.
Zastanawiająca jest konsekwencja z jaką Autor unikał malowania postaci ludzkiej. W obrazach wyczuwa się ślad człowieczej obecności, widać ślady działalności człowieka, ale on sam został usunięty poza płótno. W większości obrazów głównym elementem i bohaterem jest DRZEWO. Drzewo decyduje o kompozycji, drzewo opowiada przemijanie życia, drzewo wreszcie daje życie wodzie, górom, bryle architektonicznej. Malarstwo Brochockiego – to zgłębienie tajemnicy drzewa. Nawet w nielicznych wnętrzach czy martwych naturach z reguły zawsze pojawia się ono w widoku przez okno, przeistacza się w bukiet róż, jest właściwie wszechobecne. Myślę, że przez ów powtarzający się motyw drzewa, Artysta tworzył uniwersalną i prostą metaforę życia: bądźmy jak drzewa, dobrzy, piękni, twórczy, wyraziście zakorzenieni, trwający w czasie dumnie i godnie; jak DRZEWA.
Formalnie malarstwo Brochockiego poprzez harmonię nastroju i koloru, natury i dzieła człowieka, dramaturgii i statyczności, cienia i światła, a przede wszystkim poprzez wybór elementów komponujących temat opowiada – wydaje się – o jakimś śnie baśniowym, wręcz idealnym. Znakomita kompozycja oraz kreska przypominająca często kunszt mistrzów Dalekiego Wschodu tę baśniowość dopełniają i podkreślają. Więc chyba nie byłem daleki od prawdy, gdy kilka akapitów wyżej wspomniałem o idealizacji świata poprzez sztukę Brochockiego. Jest to bowiem sztuka eksponująca tradycyjne wartości i konwencje malarskie, a jednocześnie wierna tradycyjnym kanonom etycznym. Być może, ktoś powie, że przez to malarstwo Mistrza jest staroświeckie. W takiej chwili proszę sobie przypomnieć inne fascynacje Mistrza Rościsława, te penetrujące z pasją i uznaniem tajniki techniki końca XX wieku oraz te wybiegające daleko w Kosmos. O czym w tym kontekście świadczy „staroświeckość” sztuki Autora? Przede wszystkim o konieczności ładzenia świata i życia. Są normy i kanony sprawdzone przez wieki, nie niszczmy ich, nie eksperymentujmy nimi pochopnie. Tam, poza stratosferą, po drugiej stronie cienia, ba, nawet w prawach fizyki mamy jeszcze tyle do odkrycia i do szukania, tyle tajemnic przed Człowiekiem. Na litość boską „w życiu najważniejsze jest samo życie”.
Jerzy Skrobot
Komisarz Galerii KBS

Kredyt konsolidacyjny

Promocja do 10.09.2021r.

 

 

Sprawdź

Kredyt

Raz, Dwa

Na dowolny cel!

Sprawdź

Już w naszym Banku!

 

 

Sprawdź

Wygodny

Kredyt internetowy

Sprawdź

Kredyty na działalność gospodarczą i rolniczą

Wypełnij formularz

Sprawdź

Zastrzeż dokumenty

Sprawdź

801 151 101

Pomoc techniczna systemu KBS24:

tel: 12 428 62 00 lub 12 428 62 36

czynna 24h na dobę, 7 dni w tygodniu.

Pomoc techniczna systemu KBSNet:

tel: 12 428 62 00 lub 12 428 62 36

czynna 24h na dobę, 7 dni w tygodniu.