logo
Październik 2017

Bronisław Chromy - Malarzowi żyje się łatwiej

Malarzowi żyje się łatwiej. Pozwoliłem sobie nadać taki tytuł okolicznościowemu tekstowi w katalogu wydanym z okazji trzeciego wernisażu Bronisława Chromego w Krakowskim Banku Spółdzielczym, ponieważ w naturalny, aczkolwiek nieco przekorny sposób nawiązuje do faktu, że zasłużony profesor krakowskiej ASP jeszcze jako student tej czcigodnej uczelni otrzymał propozycję, aby zamienić dłuto na pędzel i z pracowni Xawerego Dunikowskiego przenieść się do pracowni Hanny Rudzkiej-Cybisowej. Warto zdać sobie sprawę z faktu, iż autentycznym wyróżnieniem była sama możliwość postawienia go przed takim wyborem: Xawery Dunikowski już w międzywojennym dwudziestoleciu należał do grona legendarnych postaci polskiego Parnasu, o Hannie Rudzkiej-Cybisowej zwyczajowo mówiło się i pisało jako o pierwszej damie naszego malarstwa. Niewielu kandydatów do uprawiania artystycznej profesji mogło zrealizować marzenie o pobieraniu nauk u takich mistrzów. Skądinąd, oboje byli między sobą zaprzyjaźnieni – czego dowodem choćby wykonany przez Rudzką-Cybisową znakomity Portret Xawerego Dunikowskiego.
Bronisław Chromy pozostał przy dłucie, ponieważ – jak stwierdził – takie narzędzie pracy bardziej przystoi rosłemu i silnemu mężczyźnie niż lekki pędzelek. Rzeczywiście, każda rzeźba, niekoniecznie nawet monumentalnych rozmiarów, oprócz przebłysku geniuszu artysty zawsze kryje w sobie sporo jego czysto fizycznej harówki. Moja uwaga o „przebłysku geniuszu” nie dotyczy oczywiście wszystkich monumentów upamiętniających rewolucyjne przemiany w naszym kraju, ponieważ ostatnimi czasy artystyczny poziom sporej części owych dzieł wskazuje, że ich autorzy powinni raczej wykorzystać swą energię i potencjał twórczy na przykład przy kopaniu rowów melioracyjnych.

Malarzowi żyje się łatwiej. Stwierdzenia tego nie należy traktować ani jako objawionej prawdy, ani jako deklaracji mojego wewnętrznego przekonania. To zwykły żart – podobnie jak radiowe wykłady O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia w wykonaniu Jana Tadeusza Stanisławskiego (którego broń Boże nie należy mylić z Janem Grzegorzem Stanisławskim, jednym z najwybitniejszych malarzy polskiego modernizmu). Żart – ale osadzony w realiach nie tylko ze względu na pot wylany przy tworzeniu rzeźby. Weźmy za przykład Pomnik Poległych Lotników, który codziennie mijają krakowianie peregrynujący pomiędzy centrum miasta a Nową Hutą. Wedle ideowego przesłania orzeł z emblematem Polskich Sił Lotniczych w szponach powinien unosić się wysoko nad ziemią; łatwo zrealizować taką koncepcję na obrazie – ale w przypadku rzeźby zdecydowanie przeciwdziałają jej prawa fizyki: kilkaset kilogramów metalu nie zawiśnie w powietrzu bez solidnego podparcia. Pomysł, aby orła posadzić na kolumnie, narzucający się automatycznie laikowi, zniszczyłby kompletnie dynamizm formy. Kolumna nie kojarzy się z akcją, walką, determinacją, lecz z uczuciem powagi, spokojnej kontemplacji. Profesor Bronisław Chromy znakomicie rozwiązał ów dylemat: orła skutecznie wpierają nieregularne, wysokie i smukłe bryły metalu, stylizowane na fontanny ziemi powstające po wybuchu pocisku. Ekspresję podkreślają ich kształty – geometrycznie zredukowane, aczkolwiek nie wykraczające poza granice czytelności, co wzmaga siłę przekazu, wprowadza element zagrożenia – a jednocześnie dzięki rezygnacji z wszelkich zbędnych szczegółów nie odciąga uwagi widza od wyrzeźbionego w konwencji realistycznej orła jako centralnego motywu kompozycji. Symbolika, realizm i zmierzająca ku abstrakcji stylizacja zostały połączone w harmonijną całość. Dodam na marginesie, że nieubłagane prawa fizyki wpłynęły zasadniczo na kształt pomnika Adama Mickiewicza, monumentu najpowszechniej znanego także poza rogatkami Krakowa – już choćby dlatego, że stoi na Rynku, na tle Sukiennic. Pierwszy jego projekt wykonał osobiście Jan Matejko, był on jednak zbyt „malarski”, aby dało się go zrealizować w bryle metalu; szkice przekazano Waleremu Gadomskiemu i Teodorowi Rygierowi, którzy wprowadzili konieczne poprawki i odlali wstępne modele.
Kiedy oglądam obrazy Bronisława Chromego odnoszę nieodparte wrażenie, że świadomie czy podświadomie ta walka z prawami fizyki trochę go znudziła, a chwilami wprowadzała w stan rozdrażnienia. Ostatecznie rzeźbiarz może odebrać jako przykry fakt, że najpiękniej wycyzelowany ptak, owad czy nietoperz nigdy nie pofrunie, natomiast żurawie na obrazach bez przeszkód nie tylko zbierają się do lotu, lecz również wznoszą w powietrze. Nawet tabun koni potrafi swobodnie szybować nad polami, lasami i jeziorami, wykręcać w locie akrobatyczne figury, jeśli tylko artysta wymarzy sobie taką scenę. Nie trzeba martwić się, czy kunsztownie uformowana cienka łodyżka wytrzyma ciężar kwiatu, czy nie zatonie wątły liść, na którym przysiadła żaba, czy krucha struktura, trochę podobna do modliszki, a trochę do skrzypiec nie rozpadnie się pod naporem wiatru. Na zasadzie bardzo luźnego skojarzenia przyszła mi tu na myśl znakomita scena z Fizyków Friedricha Dürrenmatta, w której inspektor policji wyznaje, że część przestępców aresztował z prawdziwą przyjemnością, innych było mu żal, zaś w chwili, gdy nie mógł doprowadzić przed oblicze prokuratora odpoczywającego w sąsiednim pokoju zabójcy jako człowieka chorego psychicznie, odczuł nieoczekiwanie dla siebie pewną ulgę: nieugięte do tego momentu prawo nareszcie wzięło sobie należny mu urlop. W swoich obrazach Bronisław Chromy udzielił urlopu teorii grawitacji i tablicom wytrzymałości materiałów. On sam w ostatnich latach życia wypoczywał nad jeziorem Piekło na Mazurach, gdzie wbrew budzącej zaniepokojenie nazwie panuje prawdziwie sielska atmosfera. Wypoczywał – to znaczy czasem malował, czasem pisze wiersze. Niestety, nie mógł zbierać otoczaków do swoich zoomorficznych figurek, bo takowe najłatwiej znaleźć w rwących, górskich potokach.
Malarzowi żyje się łatwiej, ale profesor Chromy w swoim życiu nigdy nie szedł na łatwiznę. Ani wtedy, gdy po śmierci ojca musiał poradzić sobie z prowadzeniem całego gospodarstwa, ani wtedy, gdy jako syn „kułaczki” (posiadającej raptem pięć hektarów jałowej, górskiej ziemi) nie otrzymał stypendium i po nocach rozładowywał wagony, aby rano kupić kawałek chleba, ani wtedy, gdy jako zasłużony rozwoju dla polskiej sztuki profesor ASP mógł spocząć na laurach i spokojnie obcinać kupony od wcześniejszych sukcesów. Odniósł ich wiele, lecz garniec miodu władze zaprawiały mu nazbyt często solidną łyżką dziegciu: wygrywał konkurs, ale ostatecznie wznoszono pomnik według projektu innego autora. Na długich siedemnaście lat musiał wyemigrować z ukochanego Krakowa i prowadzić wykłady w filii katowickiej filii ASP, a po powrocie prowadził jedynie skromną pracownię rzeźby na Wydziale Grafiki. Częściowy przełom nastąpił, gdy zajął trzy pierwsze miejsca w konkursie na fontannę przy placu Wolnica, choć także w tym wypadku nie obeszło się bez dalszych powikłań – i ostatecznie stanęła tam Fontanna Grajków, a zaprojektowany również przez niego smok nie tryska wodą na Kazimierzu, tylko zieje ogniem przed jaskinią na wawelskim wzgórzu.
„Kontrowersyjny politycznie” artysta liczył sobie już ponad pięćdziesiąt lat, kiedy wreszcie władza ludowa zdecydowała się powierzyć mu wykonanie prestiżowego dla niej pomnika, upamiętniającego największą w czasie hitlerowskiej okupacji bitwę partyzancką, stoczoną w Lasach Janowskich na Lubelszczyźnie. Trudno dziś rozstrzygnąć, czy ta na pierwszy rzut oka pozytywna decyzja nie kryła w sobie zamierzonej złośliwości, ponieważ zaproponowany w niej termin realizacji zadania był przeraźliwie krótki; większość kolegów po fachu mocno powątpiewała, czy Bronisław Chromy zdoła go dotrzymać. Zdołał – być może dzięki wyznawanej przez siebie maksymie: „Praca na roli nauczyła mnie, że wstać trzeba o świcie, aby zdążyć ze wszystkim się uporać”. Potem wykonał jeszcze kilka „militarnych” pomników: Braterstwa Broni w Riazaniu, Żołnierza Polskiego w Katowicach, Bartosza Głowackiego w Radzienicach koło Racławic, Polskich Żołnierzy Poległych za Wielką Brytanię na Międzynarodowym Cmentarzu Wojskowym w Brookwood pod Londynem.
To oczywista prawda, że pomniki na ulicach, placach i w parkach oglądamy niezależnie od naszych artystycznych i politycznych upodobań, natomiast drobne rzeźby, wykonane z myślą o upiększeniu mieszkań, kupujemy wedle własnych gustów – więc za największy sukces Bronisława Chromego należałoby uznać fakt, iż „wolny rynek” wchłonął ponad sześćset samych tylko wawelskich smoków – od których zresztą osobiście wolę sowy, pawie oraz istoty na poły fantastyczne. Przy ich tworzeniu artysta wykorzystywał naturalne otoczaki, a zarazem odwracał wypowiedziane po raz pierwszy bodaj przez Michała Anioła stwierdzenie, iż w każdym kamieniu tkwi rzeźba – więc trzeba tylko usunąć zbędne kawałki, aby ujrzeć ją w pełnej okazałości. On sam niczego nie usuwał, tylko otaczał kamień metalem. Zwracam tu uwagę na niejakie powinowactwo tych klejnocików sztuki z malarstwem. Otóż rzeźby (wykluczam odpustowe figurki) nie są nigdy malowane; zachowują naturalną barwę swego tworzywa: brązu, marmuru, hebanu. Bronisław Chromy co prawda też ich nie malował, ale wcześniej wybierał kamień w odpowiednim odcieniu, a metal poddawał patynowaniu bądź innym zabiegom zmieniającym jego kolor. Tak czy siak, brutalnie pouczony wydarzeniami ostatnich paru lat potrafię sobie niestety wyobrazić, że z powierzchni ziemi znika jakiś pomnik dłuta Bronisława Chromego – ale nie sądzę, aby po jakimkolwiek przewrocie politycznym ktoś chciałby się pozbyć jego miniaturowej rzeźby lub obrazu.
W przypadku dzieł bardziej koncepcyjnie wyrafinowanych bywa, że publiczna aprobata następowała dopiero po upływie pewnego czasu. W rzeźbie Z życia do życia ukrzyżowany Chrystus nie cierpi, lecz wyzwolony z ziemskiego ciała przenosi się do innego, niepojętego wymiaru czasu i przestrzeni. Niezapomniany Jerzy Madeyski stwierdził wprawdzie bez chwili zastanowienia, że Z życia do życia jest najlepszą rzeźbą sakralną od chwili powstania ołtarza Wita Stwosza – ale niektórzy parafianie oznajmiali, że do takiego Chrystusa modlić się nie będą. Minęło parę lat – i do Arki Pana w Nowej Hucie zjeżdżają się nie tylko dyplomaci, dziennikarze i artyści, lecz także pielgrzymki z odległych wsi i miasteczek.
Malarzowi żyje się łatwiej, ale często utrudnia życie krytykom sztuki. Rzeźby Bronisława Chromego bez ryzyka kompletnego blamażu zaliczyć można do nurtu neoekspresyjnego. Gorzej z malarstwem. Jego obrazów na pewno nie łączy podobna kolorystyka, bo jedne epatują kontrastami całej palety ostrych, agresywnych zieleni, czerwieni i jaskrawych żółtych plam, inne bazują na subtelnych, nokturnowych zestawieniach barw ziemi, a jeszcze inne są właściwie monochromatyczne – bo przecież trudno uznać za kolorystyczną różnorodność rozmaite odcienie błękitu. Nie łączy także stopień dokładności odwzorowania rzeczywistych istot i przedmiotów, bo zamyka się ona w nader szerokich granicach – od bliskiemu realizmowi niektórych portretów ludzi i zwierząt poprzez deformacje typowe dla konwencji ekspresjonistycznych aż po uproszczenia zmierzające do abstrakcji. Gdyby, przykładowo, obraz Konie I nie został podpisany, łatwo byłoby uznać go za abstrakcyjny; dopiero podpis sprawia, że zaczynamy doszukiwać się w nim końskich sylwetek, głów i kopyt, wyodrębnionych z tła jedynie trochę ciemniejszym odcieniem farby; analogicznie, dostrzegamy rozmaite postacie w przepływających nad nami chmurach dopiero wtedy, gdy zaczniemy się im bacznie przyglądać. Nie łączy nastrój – od wibrującego niepokoju po łagodną harmonię, nie łączy ruch – od zawrotnej dynamiki biegu lub podniebnego lotu w Narodzinach Pegaza po statyczne, nastrojowe pejzaże znad mazurskich jezior, gdzie ruchu możemy się jedynie domyślać – jak na pojedynczej klatce wyciętej z filmu. Obraz Szachiści formalnie sięga po doświadczenia kubizmu, z uwagi na treść można by go (w przeciwieństwie do wszystkich pozostałych) nazwać „społecznie zaangażowanym”; Muzyka łąk uspokaja, Pan rak może wystraszyć. Reasumując, nie sposób pojąć, czemu obrazy tak daleko odmienne między sobą dominującymi barwami, klimatem, obecnością lub brakiem ostrych kontrastów, metafory, anegdoty, a nawet sposobem nakładania farby płótna w niepojęty sposób wołają, że są pracami tego samego autora. Zrozumieć nie można, ale na szczęście można odczuć – i między innymi na tym właśnie polega wielkość prawdziwej sztuki.
Synteza sztuk uprawianych przez Bronisława Chromego dokonała się w jego autorskiej galerii w Parku Decjusza, którą prowadził wraz z córką Kingą. Do rangi jej łatwo rozpoznawalnego symbolu awansował pomnik Piwnicy pod Baranami – dwie wsparte na kolumnach ogromne obręcze z brązu, z których wystają między innymi głowy Piotra Skrzyneckiego i Anny Dymnej. Zaczęło się od tego, że w roku 1992 artysta postanowił reaktywować w tym celu kompletnie zdewastowaną muszlę koncertową. Realizacja chwalebnej inicjatywy pochłonęła mnóstwo energii, czasu, sił i funduszy, więc tym bardziej wypada podkreślić, że w Galerii wystawiał swoje dzieła nie tylko jej gospodarz i jego córka; odbywały się tam również wernisaże innych artystów, a także koncerty, projekcje filmów i twórcze dyskusje. Tym sposobem emerytowany profesor starał się pomóc młodym – być może powodowany wspomnieniami, jak długa i wyboista była jego droga do sztuki – ale chociaż ciągle biegła pod górkę, na koniec okazało się, że prowadzi na Olimp. A że utrzymanie Galerii wymagało wiele wysiłku? Cóż, nie potrafię sobie przypomnieć, który z moich znajomych oświadczył, że za najpracowitszego artystę na świecie uważał Mariana Koniecznego aż do chwili, gdy zaprzyjaźnił się również z Bronisławem Chromym. Podzielam jego zdanie na podstawie własnych doświadczeń.
Jerzy Skrobot
Komisarz Galerii KBS

Kredyt konsolidacyjny

Promocja do 10.09.2021r.

 

 

Sprawdź

Kredyt

Raz, Dwa

Na dowolny cel!

Sprawdź

Już w naszym Banku!

 

 

Sprawdź

Wygodny

Kredyt internetowy

Sprawdź

Kredyty na działalność gospodarczą i rolniczą

Wypełnij formularz

Sprawdź

Zastrzeż dokumenty

Sprawdź

801 151 101

Pomoc techniczna systemu KBS24:

tel: 12 428 62 00 lub 12 428 62 36

czynna 24h na dobę, 7 dni w tygodniu.

Pomoc techniczna systemu KBSNet:

tel: 12 428 62 00 lub 12 428 62 36

czynna 24h na dobę, 7 dni w tygodniu.