logo
Czerwiec 2018

Hanna Gąsienica-Samek - Kolorowy  złoty  środek

Od czasów starożytnych architekci projektowali nie tylko same budynki, lecz również ich wystrój artystyczny; przez wiele stuleci w tym drugim zakresie można było zresztą zdziałać więcej niż w pierwszym, ponieważ fizyczne własności dostępnych materiałów budowlanych – naturalnego kamienia, cegieł, drewna i ewentualnie spajających konstrukcję metalowych klamer - pozostawały praktycznie bez zmian, zmieniał się natomiast gust świeckich i duchownych inwestorów monumentalnych budowli. „Małą architekturę” – chaty, budynki gospodarcze, szałasy – każdy ciosał i lepił jak potrafił. Sytuację zmieniła dopiero rewolucja naukowo-techniczna, ale jeszcze w XX wieku architekturę wykładano na Akademiach Sztuk Pięknych na równi z malarstwem i rzeźbą. Potem wydziały architektury weszły w skład politechnik, ich studenci zaczęli zgłębiać matematykę i fizykę, ale w odróżnieniu od kolegów z innych wydziałów mieli również zajęcia z rysunku odręcznego, które na Politechnice Krakowskiej prowadziła Krystyna Wróblewska, absolwentka Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie. Ona właśnie roznieciła w bohaterce dzisiejszego wernisażu iskierkę zamiarów posługiwania się grafiką i malarstwem jako odrębnymi formami artystycznej wypowiedzi. Wątły początkowo płomyk podtrzymały malarskie plenery, organizowane dla pracowników PK; pytanie „czy malować?” zostało zastąpione pytaniem „jak malować?”.
Chociaż postać Hanny Gąsienicy-Samek uwieczniona została w książce Architekt poza architekturą (wśród 34 koleżanek i kolegów), totalnie i definitywnie z architekturą się nie rozstała – czego dowodem udzielanie lekcji rysunku dla kandydatów na studia w tej dziedzinie oraz kompleksowe projektowanie wnętrz mieszkalnych wraz z kosztorysami, nadzorem autorskim i zamawianiem elementów wyposażenia. Działalność ta nie przekłada się jednak nijak na tematykę jej obrazów, gdzie urbanistycznych motywów nie uświadczysz. Las, jeziora, strumyki, otwarte przestrzenie łąk, łany kwiatów i rozmaite kwiaty w zbliżeniu, przedstawiane w konwencjach od niemal realistycznej do bliskiej abstrakcji nie tylko dominują, ale mają monopol na wyłączność.

Już pierwszy rzut oka na prezentowane na dzisiejszym wernisażu obrazy Hanny Gąsienicy-Samek pozwala dostrzec konsekwentne pozostawanie przy dewizie, że podstawowym tworzywem obrazu jest kolor, zaś wybór obiektów, które mają zrealizować zaplanowaną kompozycję barwną odgrywa drugorzędną rolę. „Drugorzędny” to jednak nie to samo, co „pomijalnie mały”. Artystka mogła przecież malować całkowicie wydumane krajobrazy, przedmioty, rośliny czy bestie – i tym sposobem pozbyć się jakichkolwiek ograniczeń w doborze kolorów. Na obrazie purpurowa skała w żółte cętki może unosić się na tle zielonego nieba nad szafirową pustynią,  rzucając na nią różowy cień, bo nie obowiązują tam prawa grawitacji ani optyki.  Totalna swoboda prowadzi jednak w na pozór tylko paradoksalny sposób ku totalnej klęsce: skoro nic nie jest konieczne, a wszystko jest możliwe, skoro jedyna reguła to brak wszelkich reguł, ostatecznym celem podróży będzie zawsze chaos. Trzeba zatem w pewnej chwili zatrzymać się na drodze prowadzącej donikąd, a odpowiedni wybór tejże chwili zapewnia połączenie osobistej wrażliwości, inteligencji i doświadczenia w niemożliwe do zdefiniowania, choć oczywiste intuicyjnie zjawisko  zwane talentem. Analogiczne uwagi dotyczą zresztą wszystkich dziedzin sztuki; przykładowo, w moim odczuciu Samuel Becket, uwielbiany przez krytykę w latach młodości niżej podpisanego, posunął się „o jeden most za daleko” – w związku z czym nigdy nie polubię Czekania na Godota.
Z oczywistych względów nie będę szeroko wyjaśniał przyczyn mojej niechęci do prozy Becketa, wypada natomiast dodać parę słów o powodach sympatii dla malarstwa pani Hanny Gąsienicy-Samek. Otóż, gdzieś tak pod koniec XX wieku, malarstwo i spokrewniona z nim grafika definitywnie poniechały wiernego odwzorowywania realnie istniejącego świata. Ostatnią próbą w tym zakresie był hiperrealizm, zrodzony jako kontrpropozycja wobec minimal art i suprematyzmu. W moim przekonaniu kierunek ten, eksponujący techniczne umiejętności malarza, dobrze wypełnił postawione przed nim zadanie, spychając na margines samozwańczych „artystów”, którzy prezentowali głębię swej duszy odciskając na płótnie upapraną w farbie stopę albo inną część ciała głównie z tej przyczyny, że nie potrafili poprawnie namalować nawet pustego kieliszka obok pełnego, aby nadać swojemu dziełu tytuł Tragedia przemijania.
Hiperrealizm wypełnił zadanie i przeszedł do historii, ponieważ każdy obiekt można precyzyjnie przedstawić tylko w jeden sposób, przy czym barwna fotografia pozwala zrobić to szybciej i taniej. Wynalazki inżynierów różnych specjalności sprowadziły zatem niemal do zerowego poziomu informacyjne znaczenie obrazów, wysuwając automatycznie na pierwszy plan naturalną dla malarstwa, lecz sztuczną dla fotografii różnicę pomiędzy „patrzeć” i „widzieć”. To dwie zupełnie różne rzeczy, gdyż patrzenie polega na mechanicznej rejestracji wszystkich wystarczająco oświetlonych obiektów mających kształt i barwę, natomiast widzenie zależy nie tylko od fizykochemicznych przemian w oku, lecz również jest determinowane przez psychikę obserwatora. Odmiennie widzą kobietę erotomani, krawcy, ginekolodzy, psychiatrzy i prywatni detektywi. Nie trzeba zresztą sięgać do wrażeń przedstawicieli rozmaitych zawodów: inaczej malowali kobiety starożytni Egipcjanie, inaczej Rafael, a jeszcze inaczej Pablo Picasso, co bynajmniej nie wynika z faktu, iż modelkami Egipcjan były Afrykanki, Rafaela – Włoszki, a Picassa – ofiary wypadków samochodowych, lecz z ich indywidualnego pojmowania sztuki. Pani Hanna maluje często kwiaty – solo, na łąkach lub w bukietach – przy czym nie sposób pomylić „jej” kwiatów z kwiatami Ewy Woysym-Antoniewicz, Carlotty Bologny, Stanisława Karpika, Pawła Bielca, Zofii Miller-Müller, Stanisława Tkaczenko-Tkacza czy Jadwigi Marii Jarosiewicz, (aby ograniczyć się tylko do tych artystów, których gościliśmy kiedyś w Galerii KBS). Nie będę się rozwodził nad problemem, na czym ta specyfika polega, ponieważ takie rozważania są albo pełne nadmiernych uproszczeń, graniczących z błędną oceną lub nawet przekraczających te granice, albo długie i przeraźliwie nudne. Wolę wymienić powody, dla których ja sam lubię jej malarstwo.
A lubię je za szczerość i intensywność artystycznej wypowiedzi oraz za umiejętne powściąganie spontaniczności poczuciem taktu i dobrego smaku w najbardziej odpowiednim momencie. Może to zbyt odległe skojarzenie, ale kiedy patrzę na te obrazy, przychodzą mi na myśl teksty piosenek Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory, w których żonglerka słowem pozwalała przedstawić każde, choćby paskudne wydarzenie w wysublimowanie kulturalny sposób. Z podobną wirtuozerią Pani Hanna żongluje kolorami, przy czym zręcznie ukrywa wysiłek włożony w tę ekwilibrystykę. Odnosimy wrażenie, „że to jakoś samo tak się ładnie poukładało”.
Lubię je za widoczną w każdym centymetrze kwadratowym płótna empatię dla własnej pracy. Są takie zawody jak nauczyciel czy lekarz, przy wykonywaniu których osobiste zaangażowanie jest nie jakimś mile widzianym dodatkiem, lecz po prostu obowiązkiem. Jeśli artysta tworzy wyłącznie dla pieniędzy, może osiągnąć wprawdzie sukces finansowy, ale trafi tylko do ludzkich portfeli, a nie do serc.
Lubię je za unikanie rutyny. W porównaniu z poprzednimi wernisażami Artystka wyraźnie wyciszyła paletę barw, złagodziła kontrasty i przesunęła kompozycję w kierunku abstrakcji, aczkolwiek nie przekraczając zwykle granic czytelności. Nie uzurpuję sobie prawa do oceny efektów tych zmian (skądinąd, podobają mi się i te bardziej wyraziste, i te nokturnowo uładzone obrazy); dodam tylko, że już starożytni twierdzili navigare necesse est. Nieustannie poszukując możemy wprawdzie nie znaleźć nigdy cennych artefaktów, ale stojąc w miejscu na pewno niczego nie znajdziemy.
Lubię je za nienachalną, kunsztowną sakralizację działa natury. Bo przecież celem malarstwa, rzeźby, grafiki i w ogóle celem sztuki jest odnalezienie czegoś niezwykłego w banalnym, oryginalnego w pospolitym, zdumiewającego w zwyczajnym, pięknego w całkiem przeciętnym, fascynującego w nudnym. Sacrum w profanum.
Lubię je za to, że uspokaja mnie a nie rozdrażnia, cieszy oko a nie przeraża, skłania do pogodnych refleksji a nie do buntu i gniewu, nie zmusza do wysiłku, lecz proponuje chwilę wytchnienia.
Lubię je za to, że nie daje się bezceremonialnie zaszufladkować do któregoś z wiodących stylów, że umiejętnie selekcjonuje potrzebne dla własnych celów środki artystycznego wyrazu, nie dając się porwać najbardziej z pozoru atrakcyjnej manierze. Że nieomylnie wybiera złoty środek. Bajecznie kolorowy złoty środek.
Jerzy Skrobot
Komisarz Galerii KBS

Kredyt mieszkaniowo-hipoteczny KBS

Sprawdź

Kredyt

Raz, Dwa

 

 

Nie czekaj

z marzeniami!

Sprawdź

Już w naszym Banku!

 

 

Sprawdź

Bankowość

mobilna

mKBS

Sprawdź

Wygodny

Kredyt internetowy

Sprawdź

Kredyty na działalność gospodarczą i rolniczą

Wypełnij formularz

Sprawdź

Zastrzeż dokumenty

Sprawdź

801 151 101

Pomoc techniczna systemu KBS24:

tel: 12 428 62 00 lub 12 428 62 36

czynna 24h na dobę, 7 dni w tygodniu.

Pomoc techniczna systemu KBSNet:

tel: 12 428 62 00 lub 12 428 62 36

czynna 24h na dobę, 7 dni w tygodniu.