logo
Październik 2016

Teresa Wallis-Joniak - Jubileusz chwil ulotnych

Tegoroczne lato oferowało nam na przemian duszne upały i ulewy z huraganowym wiatrem, co skłaniało raczej do przebywania w pomieszczeniach ze sprawnie działającą klimatyzacją niż do uciech typowych dla okresu kanikuły. Osobiście, spędziłem sporo czasu nad zbiorami aforyzmów – a wspominam o tym dlatego, że przynajmniej co trzeci spośród nich kojarzył mi się nieodparcie z jubileuszowym wernisażem malarstwa Pani Teresy Wallis-Joniak, goszczącej dziś po raz trzeci w Galerii Krakowskiego Banku Spółdzielczego. 
Aby nie pozostawać gołosłownym, rozpocznę przegląd od złotej myśli niezbyt często cytowanego w Polsce znawcy sztuki Dalekiego Wschodu oraz komparatysty dorobku orientalnej i europejskiej filozofii, Alana Wilsona Wattsa: Perfection is finally attained not when there is no longer anything to add, but when there is no longer anything to take away, czyli „Doskonałość zostaje ostatecznie osiągnięta nie wtedy, gdy nic już nie można dodać, ale wtedy, gdy nic nie można odjąć”. Nie sugeruję, iż formułując ów pogląd dwudziestowieczny badacz natury rzeczywistości i pozamaterialnego wymiaru szczęścia miał akurat przed oczami Pont St. Julien albo Lawendowe pole miłej mojemu sercu Jubilatki – ale pasuje on jak ulał zarówno do Jej poszczególnych obrazów, jak i do całokształtu twórczości.

Pani Teresa – podobnie jak profesor Czesław Rzepiński, Jej akademicki nauczyciel w latach studiów na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, „nie maluje natury, lecz z natury”, ponieważ „w przyrodzie brak gotowych obrazów, istnieją tylko widoki, przy czym w naturalnym krajobrazie akceptujemy wszystko, natomiast na obrazie – już nie”. Interesuje Ją zatem nie reprodukowanie piękna, lecz jego tworzenie. Gotowe obrazy nie egzystują jako echo rzeczywistości, lecz jako suwerenny byt, który przynajmniej na równi z obecnym w naturze pierwowzorem kształtuje talent, wyobraźnia, erudycja, fachowe doświadczenie i last, but not least, samodyscyplina twórcy, skutecznie eliminująca „artystyczny bałagan”, jakim nazbyt często usiłują kokietować widza „uzdolnieni dyletanci”. Uroku egzotycznych plenerów Artystka nie przekłada ad hoc na język konwencji malarskiej, wychodząc z założenia, że na wykreowanie obrazu przychodzi właściwy czas dopiero w pracowni – i to niekoniecznie zaraz po powrocie z inspirującej wycieczki. Kreacja plastycznego dzieła polega między innymi właśnie na tym, o czym pisał Watts: na odrzuceniu wszelkich zbędnych elementów, co bywa niemal bolesne, ponieważ czasem jakiś sam w sobie ładny lub wręcz piękny obiekt ani trochę nie pasuje do całości i umieszczony na płótnie stanowiłby ozdobnik zaciemniający klarowną, precyzyjnie wyważoną konstrukcję. Tak rozumiane malarstwo jest swego rodzaju „porządkowaniem świata” – przy czym w odróżnieniu od ładu wprowadzanego przez matematykę i nauki przyrodnicze musi zarazem pozostawiać odbiorcy interpretacyjną swobodę oraz zawierać w sobie jakąś tajemnicę, zagadkę, do rozwiązania której mamy wciąż ochotę się przybliżać – bez nadziei, że na koniec wszystko zostanie jednoznacznie wyjaśnione jak na ostatniej stronie klasycznej powieści kryminalnej. 
Pejzaże autorstwa Pani Teresy są inspirowane głównie wrażeniami przywiezionymi z zachodu Europy, najczęściej z Włoch oraz z południowej Francji i Hiszpanii, czego łatwo można się domyślić nie tylko ze względu na obecne na nich pinie, oliwki i kwitnące agawy, lecz także na specyficzne światło, którego na próżno szukać nie tylko w smutnych polskich listopadach, lecz nawet w miesiącach upalnego lata. Artystki nie fascynuje ani „dzika, nieskażona przyroda”, ani przeciwległy biegun – krajobraz w pełni zurbanizowany, epatujący ogromem i potęgą inżynierskich konstrukcji. Jej ulubiony motyw to przyjazna człowiekowi drobna architektura, harmonijnie wtopiona w równie mu przyjazną zieleń drzew i krzewów, przeplataną barwami owoców i kwiatów. Jako odbiorca i wielbiciel tych obrazów stanąłem w obliczu dwóch sekretów Artystki. Po pierwsze, mimo wewnętrznego ciepła, pogodnego nastroju, podszytego zwykle nutką subtelnej melancholii, nie wolno nazwać ich „sielankowymi”. Przeniesione na płótno miejsca nie zostały wymyślone ani sztucznie wyidealizowane: one istnieją naprawdę, trzeba było tylko je odnaleźć i uchwycić ich niepowtarzalny klimat. Pani Teresa należy do nielicznego grona osób, które potrafiły takiej sztuki dokonać bez popadania w banał i naiwny zachwyt. Po drugie – liczba nastrojowych kawiarenek, romantycznych zaułków, dróżek wśród bujnej zieleni i wcinających się w głąb lądu malowniczych zatoczek jest dość ograniczona, więc mogłoby się wydawać, że Artystka zacznie się powtarzać, kopiować samą siebie. Nic takiego nie miało miejsca. W dokonywanych przez Nią malarskich transformacjach nawet najzwyklejsze obiekty uzyskują autonomiczną egzystencję, różnorodność rozstrzygnięć kompozycyjnych, kolorystycznych i fakturowych sprawia, że każdy obraz jest całkiem nowym, odmiennym zjawiskiem. Wracając do Wattsa: żadne z Jej płócien nie jest „zbędne” jako remake tego, co zostało stworzone już wcześniej. Przy okazji przypomina się tutaj filozoficzna maksyma Pabla Picassa: „Nie istnieje jedna, obiektywna prawda, bo wtedy nie udałoby się namalować różnych obrazów na ten sam temat”. 
Wielokrotnie deklarowałem, iż nie jestem zwolennikiem przypisywania autora obrazów do jakiegoś konkretnego stylu – przy czym w tych poglądach nie jestem bynajmniej odosobniony. Jan Szancenbach twierdził, iż koloryzm, impresjonizm, postimpresjonizm są mało precyzyjnymi pojęciami, które – tak jak wszelkie inne „-izmy” ktoś kiedyś wymyślił i za pośrednictwem mediów wprowadził do języka potocznego. Trudno polemizować z takim poglądem, bo przecież wszyscy malarze „od zawsze” posługiwali się kolorem i zawsze pragnęli wywierać na widzach silne wrażenie, które z cudzoziemska nazwać można „impresją” – a zatem brak powodów, aby obecnie mieli zrezygnować z używania barwnej palety lub choćby z przyczyn innych niż własna decyzja ograniczać jej różnorodność. Kolor stanowi podstawowy środek przekazu informacji, a malarstwo nie jest zabawą uprawianą dla samego siebie, lecz formą prowadzenia dialogu z drugim człowiekiem; im kolor trafniej zostanie dobrany, tym forma będzie pełniejsza i bliższa zamierzonej realizacji plastycznej.” 
„W Polsce – podkreślał w wielu wywiadach Czesław Rzepiński – Jan Cybis mianował się kolorystą i takie określenie przyjęto za prawdziwe, chociaż nie stanowi ono żadnej charakterystyki, nie określa konkretnego wyróżnika. Żyłem w czasach, gdy rodziła się i rozwijała sztuka XX wieku, więc przy tej okazji powstawały rozmaite definicje. Przyczyna poszukiwania nowych form barwnej ekspresji nie leżała jednak w jakimś szczególnym zainteresowaniu kolorem, lecz w instynktownej ucieczce od podobieństwa do fotografii. Dawne malarstwo dokumentowało świat i zachodzące na świecie wydarzenia; na tym polu fotografia okazała się konkurentem niemożliwym do pokonania, więc malarze coraz rzadziej prezentowali w swoich obrazach wątki fabularne i sceny rodzajowe.” 
Po uwzględnieniu tych uwag można ewentualnie prześledzić drogę wywodzącą malarstwo Pani Teresy od paryskiej wyprawy kapistów i postulatu ich mentora, profesora Józefa Pankiewicza: „Sztuka musi być przede wszystkim rozkoszą, dzięki której objawiają się nam prawdy inną drogą niedostępne”. Wypada jedynie dodać, że chociaż kapiści nie narzucali nikomu, co należy malować, to jednak konsekwentnie sugerowali, czego malować nie należy. Przede wszystkim, walczyli z malarstwem „pożartym przez anegdotę”, czyli skupiającym uwagę widza na fabularnej treści obrazu, a nie na jego walorach czysto estetycznych – kompozycji i harmonii kolorów. Dyskusyjnym jest, czy Pani Teresa przestrzega tej reguły – bo z jednej strony kawiarenkę wypełnioną tłumem gości można uznać za scenę rodzajową, z drugiej natomiast już na pierwszy rzut oka widać, że obecne tam osoby zostały sportretowane dokładnie w ten sam sposób, jak (powiedzmy) jabłka w martwej naturze: są elementem kompozycji, a zachodzące pomiędzy nimi interakcje oraz ich indywidualne cechy nie odgrywają żadnej roli. 
Wyliczanie kolejnych różnic i podobieństw nie wydaje mi się potrzebne, zaś podsumowaniem sensu istnienia malarstwa Pani Teresy jest w moim mniemaniu myśl, którą wypowiedział kiedyś George Bernard Shaw: Many wise words are spoken in jest; but they don't begin to compare with the number of foolish words spoken in earnest, czyli „Wiele mądrych słów wypowiedziano żartem, ale ich liczba nie może się równać z liczbą głupich słów wypowiedzianych z powagą”. Rzeczywiście, czcigodna Jubilatka nie upamiętnia epokowych wydarzeń, nie staje na koturnach, nie uprawia natrętnej, gęsto szpikowanej truizmami retoryki, nie gromi ani nie poucza, do niczego nie wzywa ani niczego nie potępia. W swych obrazach utrwala miłe, ulotne nastroje – pozornie mało ważne – ale przecież w psychicznym zdrowiu utrzymują nas właśnie chwile relaksu i spokojnej zadumy. 
Dominującą cechą współczesnej publicystyki jest nieustanna pogoń za skandalem i sensacją. W ten nastrój wpisują się dążenia artystów, którzy za wszelką cenę – nawet brutalnego przekroczenia granic dobrego smaku i elementarnej przyzwoitości – usiłują stworzyć coś super oryginalnego i niezwykłego. Malarstwo Pani Teresy jest antytezą takiej postawy i zarazem apoteozą aforyzmu Rabindranatha Tagore: The foolish man wonders at the unusual, but the wise man wonders at the usual; „Głupiego zdumiewa to, co niezwykłe, mądrego to, co zwyczajne”. 
„Obraz powinien być czymś miłym i radosnym, gdyż dość jest na świecie rzeczy brzydkich i przykrych, abyśmy mieli produkować następne” – napisał August Renoir. Pogodę i hart ducha, potrzebę i radość tworzenia Pani Teresa wyniosła w pierwszej kolejności z rodzinnego domu o bogatych tradycjach inteligenckich. W XIX wieku, gdy zawody związane z techniką lekceważyły jeszcze liczne zastępy „pięknoduchów”, Jej dziadek, znakomity inżynier bywał podejmowany na dworze Hohenzollernów; Jej matka ukończyła klasę fortepianu w ekskluzywnym berlińskim konserwatorium, a ojciec był wybitnym etnografem, kreatorem chorzowskiego muzeum, utworzonego na bazie jego prywatnych zbiorów. Mądre zasady wpojone w młodości okazały się zbawienne w trudnych czasach hitlerowskiej okupacji, w przaśnym okresie dominacji socrealizmu i w kolejnych, też nie zawsze sprzyjających intelektualnemu rozwojowi latach. Lata te wypełniało nie tylko malowanie obrazów; Pani Teresa z powodzeniem wypełniała obowiązki pedagoga, angażowała w działalność społeczną, a także, wbrew obiegowym przekonaniom o hulaszczym trybie życia artystów, zbudowała trwałą, tradycyjną rodzinę. Posługując się językiem potocznym wypada nazwać Jej życie pracowitym, sięgając do strof Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego można wszem i wobec oznajmić, że „w trudzie tworzy piękno – piękno, które znów służy trudowi”.  
Podziwiając energię, pracowitość i sukcesy składamy Jubilatce serdeczne życzenia multos annos

Jerzy Skrobot
Komisarz Galerii KBS

Kredyt mieszkaniowo-hipoteczny KBS

Sprawdź

Kredyt

Raz, Dwa

 

 

Nie czekaj

z marzeniami!

Sprawdź

Już w naszym Banku!

 

 

Sprawdź

Bankowość

mobilna

mKBS

Sprawdź

Wygodny

Kredyt internetowy

Sprawdź

Kredyty na działalność gospodarczą i rolniczą

Wypełnij formularz

Sprawdź

Zastrzeż dokumenty

Sprawdź

801 151 101

Pomoc techniczna systemu KBS24:

tel: 12 428 62 00 lub 12 428 62 36

czynna 24h na dobę, 7 dni w tygodniu.

Pomoc techniczna systemu KBSNet:

tel: 12 428 62 00 lub 12 428 62 36

czynna 24h na dobę, 7 dni w tygodniu.