logo
Marzec 2017

Juliusz Joniak – Podróże marzeń

W Galerii Krakowskiego Banku Spółdzielczego już po raz trzeci prezentujemy dzieła profesora Juliusza Joniaka – i z przyjemnością obserwuję, że bynajmniej nie „opatrzyły się” nawet naszym etatowym pracownikom, którzy oglądają je codziennie. Skądinąd, już przelotne spojrzenie na te obrazy utwierdza widza w miłym, aczkolwiek czysto intuicyjnym przekonaniu, że dostrzegalne nie tylko dla znawców piękno w sztuce nadal istnieje. Czysto intuicyjnym – ponieważ teoretykom nigdy nie udało się sformułować precyzyjnej oraz powszechnie akceptowanej definicji fenomenów piękna i sztuki. Może to i lepiej; jak konsekwentnie twierdził profesor Czesław Rzepiński, akademicki nauczyciel, a potem wieloletni kolega i serdeczny przyjaciel Juliusza Joniaka: „Przerost teoretycznej motywacji współczesnego malarstwa nad jego faktycznymi dokonaniami stanowi raczej marny ekwiwalent zubożenia fantazji człowieka XX wieku, a jako zadośćuczynienie jest w gruncie rzeczy bezwartościowy. Fałszywie została zresztą sformułowana już sama opinia, że odbiór zjawisk plastycznych należy przede wszystkim do sfery intelektualnej. Poczynając od prehistorii sztuka zawsze przemawiała do nas przy pomocy bodźców emocjonalnych – i jak długo organizm ludzki nie ulegnie zasadniczym zmianom, tak długo wymiana myśli pomiędzy artystą a widzem musi odbywać się na płaszczyźnie emocji”.

Nasuwają się tutaj pewne analogie z innym przejawem ludzkiego intelektu, jakim jest matematyka – stworzona z konieczności zliczania mamutów na peryglacjalnej łączce i pomiarów poletek pod uprawę zbóż. Obecnie matematykom mamuty ani przybory geodezyjne nie są już do niczego potrzebne – podobnie jak dla analiz prowadzonych przez teoretyków sztuki w coraz to większym stopniu zbędne stają się konkretne obrazy, rzeźby, spektakle teatralne, opery i symfonie. Zasadnicza różnica polega na tym, że matematyka jest jedynym użytecznym narzędziem przy opisie i praktycznym wykorzystaniu zjawisk zachodzących w skali subatomowej lub kosmicznej, czyli w sferze hermetycznie zamkniętej dla naszych zmysłów, natomiast dla świata sztuki to, czego zobaczyć ani usłyszeć nie możemy po prostu nie istnieje. Profesor Juliusz Joniak – i chwała mu za to – mimo swej niebagatelnej erudycji woli malować niż teoretyzować, przy czym od wielu lat efekty jego pracy znajdują uznanie w kręgach fachowej krytyki oraz spotykają się z zainteresowaniem szerokiej publiczności. Dobrą tradycję dbałości o formę, kolor, precyzyjny rysunek, przemyślaną kompozycję całości płótna – czyli o to wszystko, co odróżnia profesjonalne malarstwo wysokiej klasy od artystycznej hochsztaplerki – wpajał kolejnym pokoleniom studentów.
W skali historycznej jeszcze do niedawna malarz był kronikarzem oraz po części interpretatorem otaczającej go rzeczywistości. To właśnie on relacjonował bieg wydarzeń zachodzących w odległych dla widza krajach, przedstawiał egzotyczne pejzaże i obyczaje, a także utrwalał pamięć o tym, co dzieje się w jego najbliższym otoczeniu. Dziś tę rolę przejęły filmy i dokumentalna fotografia; dzięki rozwojowi turystyki niepomiernie wzrosły również szanse przeciętnego człowieka na bezpośredni kontakt z egzotyką. W tej sytuacji część artystów poszła w stronę czystego estetyzmu, co zaowocowało powstaniem kilku nurtów malarstwa abstrakcyjnego, część zdecydowała się na nie przekraczające granic czytelności deformacje kształtów i kolorów, które w założeniach miały kreować „psychologiczny portret” realnego świata, bliższy prawdzie niż jego odwzorowanie z fotograficzną precyzją (znakomitym przykładem sukcesu takiego wyboru są obrazy Jerzego Dudy-Gracza), część zaczęła przedstawiać swoje fantastyczne, często upiorne wizje (tu mistrzem był Zdzisław Beksiński), część epatowała budowaniem metafor poprzez zderzanie ze sobą nie występujących nigdy razem elementów  – i tak dalej. 
Juliusz Joniak, wykorzystując twórczo doświadczenia rozmaitych kierunków postimpresjonizmu, w tym również kapizmu, został piewcą nastroju chwil pięknych, lecz niestety ulotnych. I tutaj rodzi się ważkie pytanie, czy aby nie podsuwa nam tym sposobem łagodzącego Weltschmerz narkotyku, przenosząc nas w krainę błogich niebytów. W moim przekonaniu odpowiedź brzmi negatywnie – co uzasadnię anegdotą wziętą z życia przeraźliwie skutecznego w działaniu orientalnego władcy. Otóż Tamerlan (zlatynizowana wersja mongolskiego Tīmūr-e Lang, Timur Kulawy) kazał ponoć sportretować się trzem malarzom, a następnie polecił ściąć tego, który dokładnie przedstawił jego mizerną posturę i kalectwo oraz tego, który dał wyidealizowane oblicze Tamerlana rosłemu atlecie. Trzeci malarz został natomiast sowicie wynagrodzony, ponieważ przedstawił Timura na koniu, co maskowało niski wzrost i chromą nogę, mierzącego z łuku – ze zmrużonym chorym okiem. Podobną metodę stosuje Juliusz Joniak: nie wymyśla sielankowych krajobrazów tylko je odnajduje, nie neguje istnienia brzydoty, lecz stanowczo kwestionuje sens jej artystycznego rejestrowania. Skądinąd, obrazy pana profesora nie przedstawiają również przełomowych wydarzeń historycznych ani monumentalnych budowli, orężnych triumfów ani dotkliwych klęsk, nie zagrzewają do wiekopomnych czynów ani do pustelniczych poświęceń. Innymi słowy: zgodnie z własnym gustem i temperamentem dokonał wyboru malarskich motywów – co należy nie tylko uszanować, lecz również pochwalić, ponieważ każdy obraz powinien nieść oryginalną prawdę, opartą na wewnętrznych przeżyciach samego twórcy, który płynącą z otoczenia inspirację przetwarza w indywidualną koncepcję piękna i harmonii. Jednocześnie dojrzały artysta traktuje dorobek przeszłości jak dobra pani domu książkę kucharską: nie wyrzuca jej do kosza, od czasu do czasu wybiórczo korzysta z zamieszczonych tam przepisów, ale zawsze gotuje „po swojemu”. 
Juliusz Joniak sporo podróżował po Europie – czego możemy się domyślić oglądając nieobecne w polskim krajobrazie oliwki i kwitnące agawy. Choć odwiedził również kraje chłodniejsze, najczęściej inspiruje go Hiszpania i południe Francji, gdzie specyficzną aurę pejzaży determinują rzucone na tło szarobłękitnego nieba ochry, brązy i czernie podszyte czerwienią, przełamywane bielą wapiennych skał i ścian budynków, a także niespotykanymi u nas odcieniami zieleni. Termin „inspiracja” należy rozumieć jak najbardziej dosłownie. Gotowe obrazy olejne powstają w podkrakowskiej pracowni; „w terenie” prowadzi malarski notes, ale głównie polega na własnej pamięci. Pamięci szczególnego rodzaju, która przechowuje krajobraz tak, jak pamięć muzyka symfonię: nie w postaci poszczególnych nut, lecz całych melodii. Nie zapamiętuje kolorów posługując się ich nazwami, nie wspomina barwy czerwonorudej, lecz barwę miedzianego kociołka zawieszonego nad ogniskiem, a czasem wspomaga pamięć nagraniami magnetofonowymi odgłosów pochodzących na przykład z andaluzyjskiej łąki albo bezkresnego pola kwitnącej lawendy. 
Mimo egzotycznego źródła inspiracji obrazy profesora nie są „hiszpańskie” ani „francuskie”; Juliusz Joniak nie wypiera się swej „przynależności plemiennej”, lecz szuka w niej natchnienia, wsparcia i potwierdzenia samego siebie. To również powód do dumy. Zawsze uważałem (i nie jestem w tym mniemaniu odosobniony), iż przywiązanie do lokalnej tradycji, choćby nawet zaściankowej, na pozór tylko paradoksalnie jest jedynym skutecznym sposobem, aby wyjść poza ciasne ramy prowincjonalizmu i regionalizmu. 
Cóż jeszcze wypada dodać? Przede wszystkim wyrazy podziwu, że Juliusz Joniak wbrew dramatycznym wydarzeniom, w których nolens volens musiał uczestniczyć potrafił zachować wewnętrzną pogodę ducha. W ogarniętym najpierw radziecką, a następnie hitlerowską okupacją Lwowie zdążył ukończyć zaledwie trzy lata Szkoły Przemysłu Artystycznego, jedynej szkoły średniej dostępnej również dla Polaków (w roku 1944 i 1945 Niemcy mieli na głowie inne problemy niż opieka nad artystyczną edukacją młodzieży). Potem nastąpiła zmiana granic, wysiedlenie z rodzinnych stron oraz epoka budowy „nowego, socjalistycznego społeczeństwa” w obrębie radzieckiej strefy wpływów. Lata studiów przyszłego profesora mijały w cieniu Stalina i frontalnej ofensywy socrealizmu (otrzymał dyplom w roku 1950). Prawda, że kadra krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych okazała się wyjątkowo odporna na tę infekcję. Wolno nawet zaryzykować dziwaczne na pierwszy rzut oka stwierdzenie, że dla najstarszej w naszym kraju uczelni artystycznej nastały wtedy „lata tłuste” – pod względem nagromadzenia w jednym mieście przedstawicieli rozmaitych poglądów na sztukę, ponieważ dwa przedwojenne centra rodzimej kultury (Wilno i Lwów) znalazły się poza granicami Polski, udręczona Warszawa legła w gruzach, więc Kraków stał się Mekką powracających z wojennej tułaczki artystów. Tym niemniej, połączenie dotkliwej biedy zniszczonego kraju z wszechobecnym zastraszaniem i inwigilacją musiało każdemu dać się we znaki. Mój podziw budzi również fakt, że profesor Joniak co rok w towarzystwie małżonki wyrusza w świat w kolejną podróż marzeń. Oby tak dalej – czego im z całego serca życzę. 
Jerzy Skrobot
Komisarz Galerii KBS

Kredyt mieszkaniowo-hipoteczny KBS

Sprawdź

Kredyt

Raz, Dwa

 

 

Nie czekaj

z marzeniami!

Sprawdź

Już w naszym Banku!

 

 

Sprawdź

Bankowość

mobilna

mKBS

Sprawdź

Wygodny

Kredyt internetowy

Sprawdź

Kredyty na działalność gospodarczą i rolniczą

Wypełnij formularz

Sprawdź

Zastrzeż dokumenty

Sprawdź

801 151 101

Pomoc techniczna systemu KBS24:

tel: 12 428 62 00 lub 12 428 62 36

czynna 24h na dobę, 7 dni w tygodniu.

Pomoc techniczna systemu KBSNet:

tel: 12 428 62 00 lub 12 428 62 36

czynna 24h na dobę, 7 dni w tygodniu.