uk
Strona główna » Galeria bankowa

Galeria bankowa

Krakowski Bank Spółdzielczy istnieje od ponad stu lat, zaś w swej działalności pozostaje wierny tradycji Kas Stefczyka i naukom samego Doktora oraz społecznikowskim zasadom ruchu spółdzielczego. Sztandarową i konsekwentnie realizowaną przez Bank formą mecenatu jest prowadzenie w jego siedzibie przy Rynku Kleparskim 8 stałej galerii malarstwa, rysunku i grafiki, promującej przede wszystkim artystów krakowskich.
W roku 2005 Galeria KBS obchodziła dziesięciolecie istnienia, a liczba artystów prezentujących tu swoje prace przekroczyła trzydziestkę. Wszelkie koszty wystaw – katalog, wernisaż, transport, aranżacja wystawy - pokrywa KBS. Ekspozycje zmieniane są średnio co trzy miesiące, a następnie prezentowane są jeszcze w oddziałach Banku  – w Bochni, Szczurowej, Łapanowie, Gdowie i Czernichowie, Miechowie a ostatnio również w obiekcie w Mogilanach. Bank promuje zatem sztukę krakowskich artystów w małych miasteczkach i na wsi, wpływając na edukację estetyczną mieszkańców regionu. Od kilku lat do udziału w wernisażach zapraszani są krakowscy poeci, których obecność determinuje fakt pojawienia się na rynku wydawniczym nowych tomików wierszy. W ten sposób wernisaże stają się wydarzeniami artystycznymi o charakterze multimedialnym. Warto przy tym podkreślić, iż prezentowane książki są sponsorowane przez Bank.
Nasza Galeria jest jedyną istniejącą pod patronatem banku galerią w Polsce i jak się okazało możliwy jest owocny mariaż kultury z codzienną działalnością Banku.
Za swoją działalność kulturalną, Krakowski Bank Spółdzielczy pięciokrotnie otrzymał z rąk Prezydenta Krakowa prestiżowy tytuł Mecenas Kultury Krakowa (roku 2000, 2004, 2005, 2006 i 2008).

Teresa Wallis-Joniak - OCZAROWANIE

Wiesław Ochman – światowej sławy śpiewak tenorowy i zarazem znakomity malarz, którego dzieła już czterokrotnie podziwialiśmy w Galerii Krakowskiego Banku Spółdzielczego – opowiadał mi kiedyś, że po koncertach prowadzonych przez Herberta von Karajana słuchacze mówili „ależ ten Karajan wspaniale dyryguje”, przez Carla Böhma – „ależ ta muzyka jest piękna”, przez Leonarda Bernsteina – nic nie mówili, bo im z wrażenia dech zapierało. W podobny stan katatonicznego niemal osłupienia wprawiły mnie obrazy Teresy Wallis-Joniak. Ich kolorystyka, wręcz słyszalny rytm kompozycji, dobór tematyki, mistrzostwo ukształtowania planu ogólnego i wykończenia szczegółów sprawiły, że mający już daleko za sobą młodzieńczą skłonność do egzaltacji starszy pan poczuł się zahipnotyzowany jak ptaszyna przez węża: po prostu musiałem na dobrych parę chwil zamrzeć w bezruchu i podziwiać te kipiące cudownie wypełnione barwnymi plamami płótna, choćby nawet telewizja rozpoczynała właśnie bezpośrednią transmisję z końca świata (porównanie merytorycznie kuleje, zoopsychologowie dawno stwierdzili, że hipnotyczna moc wężowego wzroku to brednie, natomiast obrazy pani Teresy naprawdę oddziałują magicznie, co dzisiaj macie Państwo okazję sami sprawdzić).

PORTRET ARTYSTKI
PORTRET ARTYSTKI
PRZED KAWIARNIĄ
PRZED KAWIARNIĄ
W KAWIARNI
W KAWIARNI
L'ISL SUR SORGUE
L'ISL SUR SORGUE
PONT ST. JULIEN
PONT ST. JULIEN
MARTWA NATURA Z KOTEM
MARTWA NATURA Z KOTEM
OWOCE
OWOCE
KARUZELA
KARUZELA
ZATOKA
ZATOKA
LEŚNA DROGA
LEŚNA DROGA
COSTA BRAVA
COSTA BRAVA
LE BEAUX
LE BEAUX
NAD MORZEM W TOSSIE
NAD MORZEM W TOSSIE
NAD WODĄ
NAD WODĄ
KWIATY
KWIATY

 Głos obowiązku, przypominający o konieczności przedstawienia Autorki prac wyrwał mnie z błogiej nirwany – na szczęście tylko częściowo, bo przecież nadal pozostawałem w kontakcie z jej fascynującymi płótnami. Informuję zatem, iż Teresa Wallis przyszła na świat w Chorzowie, w roku 1926, w domu o bogatych i różnorodnych tradycjach inteligenckich. Dziadek przyszłej malarki był wybitnym inżynierem, podejmowanym na dworze Hohenzollernów, matka – pianistką wykształconą w berlińskim konserwatorium „Sternchen” (gdzie studiował także genialny Artur Rubinstein), ojciec – etnografem i pasjonatem swej profesji, autorem m.in. wydanego dopiero wiele lat po jego śmierci Zielnika roślin leczniczych i magicznych, przed drugą wojną światową – twórcą chorzowskiego muzeum, utworzonego na bazie przekazanych przezeń pro publico bono prywatnych zbiorów, po wojnie – dyrektorem Muzeum Ziemi Bytomskiej. Dom pełen muzyki, ludowej sztuki regionalnej i magii, dyscyplinowanych inżynierską precyzją kategorii myślenia – czyż można wyobrazić sobie lepsze warunki rozwoju artystycznej osobowości dziecka?
Potem nastąpiły lata znacznie gorsze. Cały Górny Śląsk włączono do „Tysiącletniej Rzeszy”, w której Polacy byli prześladowaną mniejszością narodową, skazaną na przyszłość w skansenach albo na los niewolników; brutalnie germanizowano nie tylko współczesność, lecz także historię ziem, gdzie przez kilka wieków kultura słowiańska przenikała się z niemiecką z ewidentnym pożytkiem dla obu. Chorzowskie muzeum, duma i wielka miłość ojca Teresy zostało bezdusznie skazane na zagładę. Koniec okupacyjnego koszmaru nie oznaczał kończ problemów. W socjalistycznej Polsce wznowiły wprawdzie działalność szkoły średnie i wyższe uczelnie, a rodzima inteligencja nie była grupą wytypowaną do eksterminacji – odgrywała jednak rolę andersenowskiego „brzydkiego kaczątka”, złośliwie „podszczypywanego” na rozmaite sposoby. Inteligent sam nie wypiekał chleba ani nie wydobywał węgla, podlegał zatem permanentnej tudzież niekompetentnej kontroli, czy we właściwy sposób odwdzięcza się robotnikowi i chłopu za trud ich rąk; był też z natury rzeczy osobnikiem podejrzanym o knucie spisków przeciwko tak zwanej ludowej władzy.
W tej akcydentalnie groźnej, a ustawicznie do bólu dusznej atmosferze budowy stalinowskiego ładu społecznego Teresa Wallis rozpoczęła studia w krakowskiej ASP – nie ulegając nachalnym sugestiom, iż dziewczyna może zrobić prawdziwą karierę tylko jako traktorzystka w PGR. Akademia Sztuk Pięknych nie była oczywiście rajską „samotną wyspą” na oceanie szarzyzny i profilaktycznych represji; nawet sama jej nazwa ulegała koniunkturalnym zmianom, a nie brakowało także „miczurinowców”, chętnych do zaszczepienia na jej wiekowym pniu genetycznie obcych, często trujących roślinek. Na szczęście dla młodej i wrażliwej studentki legendarni dziś profesorowie, u których zdobywała wiedzę – Hanna Rudzka-Cybisowa, Czesław Rzepiński i Jerzy Fedkowicz – okazali się wyjątkowo odporni na tezę, że socrealizm stanowi kulminacyjny punkt rozwoju sztuki; autentyczne zaangażowanie wykazywali nie we wdrażaniu, lecz w omijaniu wytycznych, jakimi do przesytu bombardowały ich partyjne komitety. Nie ograniczali się do biernego protestu, do wykładania wyłącznie technicznych aspektów malarskiego rzemiosła, lecz także pomagali utalentowanej młodzieży zrozumieć, jak ową techniczną sprawność wykorzystywać do tworzenia dzieł, które nie odejdą rychło w nicość wraz z promującą je ideologią.
Teresa Wallis uzyskała absolutorium w roku 1952 (równolegle studiowała grafikę u Andrzeja Jurkiewicza i Ludwika Gardowskiego); w tym samym roku wyszła za mąż za poznanego na uczelni malarza Juliusza Joniaka. Dyplom magistra sztuki zdobyła w roku 1954 w pracowni Hanny Rudzkiej-Cybisowej. Swój czas potrafiła zagospodarować umiejętnie i roztropnie, wychowując troskliwie dwie córki – Annę i Martę – nauczając wychowania plastycznego w kilku krakowskich liceach, prowadząc praktyki pedagogiczne dla studentów WSP. Równolegle pełniła funkcję sekretarza naukowego Olimpiady Artystycznej. Że nie zaniedbała rozwoju własnego warsztatu twórczego nikogo przekonywać nie trzeba; parafrazując pamiętne zdanie z Nowych Aten księdza Benedykta Chmielowskiego – „obraz, jaki jest, każdy widzi”.
Ciągłość linii ewolucyjnej od początków impresjonizmu poprzez paryskie doświadczenia uczniów Józefa Pankiewicza i krakowski koloryzm po własną wizję artystyczną Teresy Wallis-Joniak nie budzi żadnych wątpliwości. Nieco trudniej domyślić się, że artystka flirtowała ongiś z przedstawianiem świata przez proste bryły geometryczne, co jednak z drugiej strony nie budzi zdziwienia, bo eksperymenty takie są udziałem sporej części adeptów sztuk plastycznych. Naprawdę trudno byłoby natomiast zgadnąć, że ulubionymi malarzami pani Teresy są dwaj szesnastowieczni artyści weneccy – pełen dynamiki i dramatycznej ekspresji, stosujący z upodobaniem niezwykłe efekty świetlne manierysta Jacopo Tintoretto, twórca cykli monumentalnych obrazów o tematyce biblijnej i historycznej w Scuola di San, w Pałacu Dożów, w Scuola di San Marco i w kościołach (m.in. w San Giorgio Maggiore) tudzież portretów współczesnych mu wybitnych Wenecjan oraz wywodzący swój ród z Werony, skuszony dynamicznym rozmachem Wenecji Paolo Veronese, rozmiłowany w zawiłej, wyszukanej ornamentyce autor fresków i obrazów o tematyce religijnej, historycznej i mitologicznej, chętnie łączący wątki religijne ze scenami rodzajowymi. Prawdziwą konsternację budzi fakt, że trzeci faworyt to Francisco Goya, malarz rodziny królewskiej, ale także twórca rycin Gdy rozum śpi budzą się demony, wstrząsającego cyklu Okropności wojny i upiornego płótna Saturn pożerający własne dzieci.
Gdzie Tinoretto, gdzie Veronese, gdzie Goya – i jak się oni mają do pogodnych, optymistycznych obrazów pani Teresy? W dodatku dominujący u wszystkich trzech psychologiczny portret lub sceny zbiorowe to w jej twórczości rzadkość, a z motywów historycznych chyba nigdy nie korzystała. Maluje głównie martwe natury i pejzaże, wśród tych ostatnich preferując rustykalne i małomiasteczkowe. Wszelki patos, heroiczne gesty i monumentalizm są jej najwyraźniej obce, woli nastrój sjesty lub co najwyżej niespiesznej, dobrodusznej krzątaniny przy codziennych zajęciach gospodarskich.
Nie wiem, czy potrafiłbym samodzielnie rozwiązać tę zagadkę. W sukurs przyszła mi opinia nieodżałowanego, przedwcześnie zmarłego krytyka Jerzego Madeyskego, który w eseju poświęconym Teresie Wallis-Joniak napisał między innymi: „z pozoru tak różnych malarzy łączy poczucie nie liczącej się z nikim swobody i niezależności; nic nie jest w stanie położyć tamy ich wyobraźni, żadne nakazy, tabu i rygory – poza znakomitym gustem i malarskim instynktem”. Po przeczytaniu tego wywodu mogłem spokojnie westchnąć „jakie to proste” – wzorem doktora Watsona, który wysłuchał wywodów Sherlocka Holmesa. Istotnie, Teresa Wallis-Joniak podobnie jak jej ulubieńcy jest artystką niepokorną i ortodoksi koloryzmu mogliby z pewnością znaleźć w jej dziełach liczne odstępstwa od swej doktryny. Cóż, dysponując odpowiednią wiedzą i fizyczną zręcznością można ugotować jajko na beczce z benzyną albo spacerować po linie rozpiętej między wieżowcami – co bynajmniej nie znaczy, że każdy powinien takiej sztuki spróbować. Prezentowana dziś w naszej galerii Artystka z gracją omija wszelkie przeszkody, nigdy nie popada w banał i zarazem nie ulega pokusie epatowania oryginalnością kosztem przekroczenia granic dobrego smaku. Obce są jej także okrucieństwo i fizyczna brzydota, nazbyt często eksploatowane przez rozmaitej maści nowatorów celem przyciągnięcia uwagi widza.
Zwróćmy uwagę, iż pejzaże pani Teresy ukazują z reguły miejsca dla wielu z nas wciąż egzotyczne, na przykład słoneczne południe Francji i Hiszpanię – ale egzotyka ta nie kokietuje, a tym bardziej nie szokuje swą odmiennością. Wprost przeciwnie, w krajobrazach dostrzegamy więcej elementów swojskich niż obcych – a przede wszystkim jest w nich coś, co sprawia, że właśnie w tych klimatach chciałoby się żyć, albo przynajmniej od czasu do czasu oddać wakacyjnym marzeniom w cieniu wyniosłych pinii, równie przyjaznych znużonemu przechodniowi jak polskie sosny.
Informatycy twierdzą, że pies był najlepszym przyjacielem człowieka do chwili upowszechnienia osobistych komputerów, zaś opinię taką podziela dziś wielu młodych i nie tylko młodych ludzi – chociaż jeszcze dwadzieścia lat temu nic nie wskazywało, że pudło z monitorem może stanowić konkurencję dla spacerów w towarzystwie sympatycznego czworonoga. Trudno zatem wykluczyć, że w przyszłości jakieś nowe zjawisko kulturowe zdoła wyrazić nasze zainspirowane kształtem i barwą nastroje, tęsknoty, pragnienia, czyli najogólniej nasz emocjonalny stosunek do odbieranego zmysłem wzroku świata w sposób pełniejszy niż nurt malarski zrodzony z górą sto lat temu nad Sekwaną i kontynuowany twórczo w rozmaitych czasach i pod różnymi gwiazdozbiorami. Na razie nie widzę na tym polu żadnej konkurencji, publiczności pozostaje zatem podziwiać mistrzostwo sztuki, zaś artystom – dążyć do jego osiągnięcia. Co Teresie Wallis-Joniak niewątpliwie się udało.
Niedawno przedstawiliśmy w Galerii KBS obrazy męża pani Teresy, profesora Juliusza Joniaka – i przy tej okazji pisałem już o ich wspólnych podróżach w poszukiwaniu koloru i światła. Ta sama akademia, podobne fascynacje, te same podróże... Czy podobne są także ich obrazy? Chyba tylko na tylko na pierwszy rzut oka. Jak można opowiadać w gruncie rzeczy to samo i pozornie tak samo, a przecież zupełnie inaczej – pozostaje tajemnicą obojga artystów. W moim mniemaniu tajemnicą bardziej intrygującą niż sekrety prestygiditatora, który do pustego cylindra wkłada królika, a po chwili wypuszcza zeń parę gołębi.

Jerzy Skrobot

Teresa Wallis-Joniak, urodzona na Górnym Śląsku krakowianka, żona krakowianina ze Lwowa, Juliusza Joniaka. Absolwentka krakowskiej ASP. Dyplom magistra sztuki uzyskała w roku 1954 na Wydziale Malarstwa w pracowni profesor Hanny Rudzkiej-Cybisowej.
Kochana i kochająca mama dwóch córek, Anny i Marty. Członkini Związku Polskich Artystów Plastyków i Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie. Przez wiele lat nauczała wychowania plastycznego w renomowanych liceach, prowadziła praktyki pedagogiczne dla studentów WSP, współorganizowała Olimpiadę Artystyczną dla uczniów szkół średnich.
Na zbiorowych i indywidualnych wystawach obecna od roku 1956 do dzisiaj, a zatem Jej malarstwo cieszy się niezmiennym powodzeniem od pół wieku z górą. Trudno się temu dziwić, zaś Artystce i miłośnikom Jej twórczości trzeba życzyć wielu dalszych, co najmniej równie świetnych płócien.




Oddziały | Aktualności | Opłaty i prowizje | Niezbędne dokumenty | Kontakt | International money transfer | Mapa serwisu
Copyright 2006 by Krakowski Bank Spółdzielczy