Galeria bankowa
Krakowski Bank Spółdzielczy istnieje od ponad stu lat, zaś w swej działalności pozostaje wierny tradycji Kas Stefczyka i naukom samego Doktora oraz społecznikowskim zasadom ruchu spółdzielczego. Sztandarową i konsekwentnie realizowaną przez Bank formą mecenatu jest prowadzenie w jego siedzibie przy Rynku Kleparskim 8 stałej galerii malarstwa, rysunku i grafiki, promującej przede wszystkim artystów krakowskich.
W roku 2010 Galeria KBS obchodziła piętnastolecie istnienia, a liczba artystów prezentujących tu swoje prace przekroczyła pięćdziesiąt. Wszelkie koszty wystaw – katalog, wernisaż, transport, aranżacja wystawy - pokrywa KBS. Ekspozycje zmieniane są średnio co trzy miesiące, a następnie prezentowane są jeszcze w oddziałach Banku – w Bochni, Szczurowej, Łapanowie, Gdowie i Czernichowie, Miechowie a ostatnio również w obiekcie w Mogilanach. Bank promuje zatem sztukę krakowskich artystów w małych miasteczkach i na wsi, wpływając na edukację estetyczną mieszkańców regionu. Od kilku lat do udziału w wernisażach zapraszani są krakowscy poeci, których obecność determinuje fakt pojawienia się na rynku wydawniczym nowych tomików wierszy. W ten sposób wernisaże stają się wydarzeniami artystycznymi o charakterze multimedialnym. Warto przy tym podkreślić, iż prezentowane książki są sponsorowane przez Bank.
Nasza Galeria jest jedyną istniejącą pod patronatem banku galerią w Polsce i jak się okazało możliwy jest owocny mariaż kultury z codzienną działalnością Banku.
Za swoją działalność kulturalną, Krakowski Bank Spółdzielczy pięciokrotnie otrzymał z rąk Prezydenta Krakowa prestiżowy tytuł Mecenas Kultury Krakowa (roku 2000, 2004, 2005, 2006, 2008 i 2009).
Wiesław Ochman – P E R P E T U U M N O B I L E
Jak wiadomo, perpetuum mobile nie istnieje. Konsekwencją tego wywiedzionego z zasady zachowania energii prawa jest pewność, iż Wiesław Ochman, ciągle mile nas zaskakujący nowymi artystycznymi i nie tylko artystycznymi koncepcjami oraz ich perfekcyjną realizacją musi dysponować jakimś potężnym źródłem sił witalnych. Ze zrozumiałych względów prezentując kolejną kolekcję jego obrazów skoncentruję się na sztuce malarskiej.
Jak informuje sam Mistrz, malarstwo zafascynowało go od dnia, gdy w wieku sześciu lat zobaczył barwne reprodukcje słynnych płócien naszych klasyków – Henryka Rodakowskiego, Juliusza, Wojciecha i Jerzego Kossaków, Jana Matejki, Józefa Chełmońskiego, Wojciecha Gersona, Józefa Brandta, braci Aleksandra i Maksymiliana Gierymskich. Tej pierwotnej fascynacji kolorem pozostaje wierny do dzisiaj, chociaż później pilnie uczył się jak realizować swe wizje także od Pierre Bonnarda, francuskiego malarza i grafika zaliczanego do nurtu postimpresjonistycznego i wielokrotnie wiódł długie rozmowy na temat czym powinna, a czym nie powinna być sztuka ze starszym od niego o pokolenie profesorem i wieloletnim rektorem ASP, Czesławem Rzepińskim. Rozmowy te, nieco żartobliwie nazywane przez Wiesława „Akademią Obiektywnego Patrzenia na Różnorodność Zjawisk w Sztuce” nie były jedyną kanwą, na której budował wątek swego malarstwa. Przyjaźnił się z Jerzym Dudą-Graczem, zjadliwym satyrykiem i sędzią procesu deprawacji współczesnego społeczeństwa oraz ze Zdzisławem Beksińskim, w perfekcyjny warsztatowo sposób portretującym kalectwo, senne koszmary i upiorne halucynacje. Chętnie przyznaje się do poszanowania bogactwa tradycji polskiego koloryzmu – udowadniając zarazem, iż nie łamiąc pewnych generalnych zasad można być jednocześnie twórcą na wskroś oryginalnym, rozpoznawalnym na pierwszy rzut oka.
Nie sposób bowiem pomylić dzieł Wiesława Ochmana z pracami wymienionych tu mistrzów, z których każdy bez wątpienia dysponował wystarczająco silną osobowością, aby pilnego ucznia zmienić w jednego ze swych licznych epigonów – nie tylko dlatego, że pewne ulubione motywy ich twórczości są u niego programowo nieobecne. Z ich doświadczeń czerpał ogólne zasady kompozycji płócien i praktyczne wskazówki dotyczące techniki wykonania obrazu – krótko mówiąc uczył się jak poprawnie malować, nie co malować i w jaki sposób.
W wielkim uproszczeniu mówi się, iż malarstwo tworzą forma i kolor. Forma konstruuje obraz, jest mocniej osadzona w intelekcie, operowanie kolorem wynika bardziej z wrażeń zmysłowych. Sztuka malarska przez całe wieki poszukiwała – jak alchemicy kamienia filozoficznego – szlachetnej równowagi między tymi dwoma czynnikami, przeczuwając, że tkwi w niej tajemnica sztuki. Odnoszę wrażenie, że Wiesław Ochman należy do nielicznych, których poszukiwania zostały uwieńczone powodzeniem. W jego obrazach forma i kolor nie konkurują ze sobą, lecz kreują się nawzajem. I tu wypada skończyć wywód w pokornym przeświadczeniu o nieprzekładalności kształtu plastycznego na słowo pisane. Nieco łatwiej odnajdywać powinowactwa obrazu z melodią lub melodii z obrazem – i to zapewne najłatwiej wykrywalny powód, dla którego malarz i śpiewak w jednej osobie odnajduje wciąż oryginalne inspiracje dla swej twórczości.
W drugiej kolejności wypada zauważyć, iż Wiesław Ochman malował i maluje nadal z wewnętrznej potrzeby. Bywa, że twórczość można oddzielić od osobowości twórcy, że świat kreowany przez artystę jest dla niego obszarem ucieczki od rzeczywistości lub kamuflażem, wykładnikiem lansowanej bez osobistego przekonania idei albo smutnym świadectwem uległości wobec zmiennej mody. Bywa także, iż pozostając szczerym artysta traktuje swoją sztukę z dystansem. Przykładem zaczerpniętym z innej dziedziny może być aktorstwo Gustawa Holoubka, który znakomicie grając jakąkolwiek postać sceniczną wciąż był sobą. Wiesław Ochman stopił się ze swoją sztuką w jedność, utożsamia się z nią, podobnie jak – wróćmy jeszcze raz do aktorstwa – inny jego znakomity przyjaciel, Tadeusz Łomnicki. Najwyraźniej pozostało w nim coś z dziecinnej spontaniczności i żywiołowości, przeszło w wiek młodzieńczy i trwa w dojrzałym. Brak studiów akademickich rekompensuje instynkt wiodący go przez drogi i bezdroża sztuki, przez labirynt potencjalnych możliwości. Na pewno bardzo dobrze się stało, że nie musiał zarabiać malarstwem na chleb powszedni dla siebie i rodziny. Dzięki finansowej niezależności nie przeżywał dramatycznych pokus lub wręcz przymusu przypodobania się akademickiej i dyletanckiej krytyce, presji środowiskowej mody oraz gustom i guścikom potencjalnej klienteli. Maluje to, co ma ochotę namalować, kiedy ma ochotę i jak ma ochotę, czując się ograniczony jedynie upływającym czasem. Ta właśnie autentyczność wypowiedzi to ważny trop w zrozumieniu jego malarskich sukcesów.
Trop trzeci wynika z faktu, iż nie traktuje tworzenia obrazów jak niedzielnej rozrywki, błogiego relaksu po „prawdziwej” pracy, ewentualnie marginalnego hobby – co wypływa z fundamentalnych cech jego charakteru: jeśli już podejmuje jakieś działania, zawsze podchodzi do nich całkiem serio, z pełnym zaangażowaniem czy wręcz z pasją. A także z rzetelnością, która nie pozwala mu na wykonanie czegokolwiek poniżej maksymalnego poziomu własnych możliwości.
Bardzo prawdopodobne, że tę ostatnią cechę wykształciło u niego ukończenie studiów technicznych. W wielu kręgach twórczych lub niemal twórczych panuje moda na swego rodzaju ekshibicjonizm: artyści demonstrują jako swe dzieło sam proces powstawania dzieła, przy czym przynajmniej niektórzy z nich usiłują tym sposobem usprawiedliwić miałkość lub wręcz brak finalnego rezultatu. Magiczne dla ludzi nie obytych z naukami ścisłymi słowo „laboratorium” ma sugerować, że trwają właśnie badania nad otrzymaniem czegoś doskonałego, nad osiągnięciem absolutu, a wstępne rezultaty badań i ich metodyka są na tyle obiecujące, że warto przedstawić je szerokiej publiczności. Wśród płócien Wiesława Ochmana przedstawianych publiczności nie znajdziemy takich, które stanowią jedynie zapowiedź czegoś, co powstać ma dopiero w przyszłości.
– Bo cóż właściwie – monologował kiedyś w rozmowie ze mną Wiesław Ochman – znaczą słowa „zostać malarzem”? Można namalować tysiąc obrazów i de facto nie namalować niczego, przejść spacerkiem obok malarstwa. Obraz musi się sam wybronić. I sam zaatakować. Albo podziała na wyobraźnię, albo nie. Jeśli nawet ktoś na jego widok tylko z pogardą wzruszy ramionami, lepsze to od zupełniej obojętności. Zaistniało zjawisko rezonansu, jakaś struna jego duszy została wprawiona w drgania. Fascynuje mnie tajemnica wielkiego malarstwa: jak to się dzieje, że płótno płasko pokryte farbami posiada niezwykłą siłę świadomego i podświadomego oddziaływania na ludzką wyobraźnię. Nie przeczę, że ta fascynacja zrodziła się również z moich marzeń. Chciałem być malarzem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jakie kolosalne przeszkody musi pokonać samotny twórca. Iluż kieruneczkom, prądom, modom, iluż stanowczym komendom polityków oparł się na przykład profesor Czesław Rzepiński, aby pozostać sobą. W przypadku opery odpowiedzialnych za przedstawienie jest wielu: od kompozytora począwszy na muzykach orkiestry kończąc. Obraz jest tylko mój. Każda malarska impresja jest moim własnym, indywidualnym przeżyciem tematu. Nie chcę malować tylko i wyłącznie intelektualnie, pedantycznie dbając o formę i harmonię; pewnie bym nawet nie potrafił „na zimno” konstruować moich malarskich wrażeń. Wbrew licznym i na pozór rozsądnym domniemaniom, zajęty polerowaniem i wykorzystywaniem umiejętności wokalnych nie traktuję malarstwa jako ucieczki od zawodowych obowiązków; jestem psychicznie wykończony, jeśli mimo starań nie potrafię uzyskać zamierzonego efektu.
Siły owego efektu artysta nie był pewien przez długie lata – tym bardziej, iż obawiał się, że jego światowa sława wybitnego tenora wypromować może obrazy całkiem przeciętne lub wręcz marne. W gronie szerszym nieco niż grupka przyjaciół pokazał swoje płótna dopiero w 1988 roku w Galerii Sztuki Współczesnej w Warszawie. Z trudem zdążył na własny wernisaż – poprzedniego dnia śpiewał we Francji. Szeroka publiczność poznała go jako malarza dopiero trzy lata później w Gdańsku, na koncercie zatytułowanym Wiesław Ochman – tenor: śpiew i impresje malarskie. Pierwszy wernisaż, na którym nic nie zaśpiewał miał miejsce dopiero w 1997 roku w Galerii Koszelówka, gdzie wystawił Impresje hiszpańskie – trzydzieści jeden obrazów będących plastycznym diariuszem z wakacji w tym kraju.
Automatycznie wpadamy tu na czwarty trop wiodący do sukcesu. Wiesław Ochman wiele podróżował i podróżuje nadal – przy czym z każdej podróży stara się przywieść jakieś niepowtarzalne wrażenie. Nie potrafi wyobrazić sobie samego siebie oczekującego na sceniczny występ, siedzącego w hotelowych pokojach niemal jednakowych pod każdą szerokością geograficzną. Preferuje pejzaże hiszpańskie, choć bynajmniej nie unika rodzimych motywów krajobrazowych.
– To przepiękny, dla mnie cudowny kraj – powiedział mi kiedyś –między innymi dlatego, że w tamtejszych plenerach świetnie się maluje. W Hiszpanii spotykamy bardzo ciekawe światło, odmienne niż w Polsce. U nas jest ono takie trochę szarawo-perłowe, tam natomiast ostre, rzucające cienie o zmiennym kolorze. Morze ma zupełnie inną barwę rano i inną wieczorem. Kocham światło, kocham ciepło; zimę lubię tylko na pejzażach Fałata.
Z przekory warto zauważyć, że dzisiejsza ekspozycja przedstawia krajobrazy nie tylko w świetle, lecz także w poświacie, w mdłym blasku księżyca.
Śledząc trop piąty wypada zacząć od stwierdzenia, że w zakresie etyki dyscyplinująca rola techniki po prostu nie istnieje. Technik ocenia prawidłowe bądź nieprawidłowe wyważenie młotka, ale przekazując wykonane narzędzie na rynek nie decyduje czy posłuży ono do budowy domu, czy rozbicia czyjejś głowy. Przyznajmy, iż we współczesnym, skomercjonalizowanym społeczeństwie liczy się przede wszystkim skuteczność, a mówiąc jeszcze brutalniej – ostateczny finansowy efekt wszelkich poczynań. Sztuka Wiesława Ochmana w swoim generalnym przesłaniu opiera się o utrwalony już w Dekalogu system uniwersalnych wartości etycznych, afirmujący dobro, którego znaczenia nie wolno relatywizować dla zaspokojenia aktualnie odczuwanych potrzeb.
Tę filozofię obrazy Wiesława Ochmana prezentują bardzo konsekwentnie: bez względu na dominację barw zimnych czy ciepłych, podjęcia tematów refleksyjnych czy ekspresyjnych, motywów błogiej sjesty czy wzburzonych fal morskich nie znajdziemy tam nastroju grozy lub choćby dręczącego niepokoju. Krajobrazy, w których nie wyczuwa się obecności człowieka, pejzaże z mniej lub bardziej wyraźnie zaznaczonym śladem działania ludzkiej ręki, martwe natury, z dominującymi motywami urbanistycznymi jednakowo nasycone są wewnętrzną radością, pogodą nastroju, trudnym do zdefiniowania, może cokolwiek metafizycznym optymizmem. Króluje czyste piękno, świat przyjazny człowiekowi; harmonia formy wyraża harmonię losu i życia. Wiesław Ochman jest więc przede wszystkim twórcą piękna, wyznaje zasadę, iż epatowanie brzydotą, grozą i kakofonią rzadko bywa owocne, a w jego kategoriach pojmowania sztuki nie mieści się w ogóle.
W moim mniemaniu ta właśnie wrażliwość i dobroć Mistrza w zasadniczej mierze decydują o wartości jego sztuki. Coraz częściej atakowani prostactwem tęsknimy do szlachetności. Dzieło Wiesława Ochmana to zatem bardziej perpetuum nobile niż perpetuum mobile. Zapraszam Państwa do delektowania się tym klimatem.
Jerzy Skrobot
Komisarz Galerii KBS





